No teraz to naprawdę nie wiem o czym mam pisać, ale piszę, bo pisać coś chcę tudzież muszę, tudzież jeszcze odczuwam taką powinność... :) Zacznijmy od tego o czym mi Kftf przypomniało. Dżdżowniczka Krzysiu, która niestety okazał się tylko połową dżdżowniczki właściwej. No niestety, taki los, Monia miała szpadelek (mały chłopiec ogrodnik :P)... biedna połowa Krzysia, ciekawe, gdzie utknęła druga... Był jeszcze Knkr, ale że do niejakiej postaci Kaenkaera właśnie zbytnią sympatią nie pałamy tak więc potraktowana została octem. Jak wszystkie, tyle że nasza dość mocno. No bo heloł, troche dałam i jeszcze się ruszała coś coś te chemoreceptorki działały, potem jeszcze i cos już średnio, no to więcej, a on już nic (bo ekhu padła), to po twarzy jej. O ile to nei był odbyt. No cóż. Mniej biedna. Co tam jeszcze... Były święta, cudne, bo Cher :D Cudne bo The Farewell Tour :))) To jest piękne, boskie i cudowne po prostu, idealne, genialne, wypaśne i WYCZESANE niczym ciemnozielony beret z domieszką turkusu, który widziałam jakiś czas temu w rejonach Głównej Siedziby. Hmm... ogólnie to jestem bardzo bardzo hepi, bo ... i że 28 dni... ach, jagodowy zapach... potem ślimaczki, a Krzysiu ciągle jadł i jadł, tak ślicznie sałatkę pochłaniał :) i maleńkie 25, które mało nie przygniotło się słoikiem :P Mięta, chałwa, koktajl truskawkowy, oliwa, pistacja, zgniła oliwa, kuuuuupaaaaa... oł je, pierogarnia, dół buftu, ropność, walc :D A i ulepiłam dzisaj Ojca Ojca. Główny kolor oczywiście fiolecik tyle że jeszcze nie ugotowany, nie mam serca :P Bezsens...